Wspomnienia o Ani

ROZMOWA Z ANIĄ

31 stycznia 2010 r. to strasznie nieprzyjemny i okrutny niedzielny poranek.
Odbieram telefon – „cześć, mówi Witek…” w tym momencie drętwieje mi całe ciało i wszystko staje się jasne. Jego słowa „dzisiaj rano odeszła od nas Ania…” paraliżują mnie całkowicie.
Teraz mija już trzeci dzień, a ja nie mogę znaleźć sobie miejsca i w dalszym ciągu nie mogę pogodzić się z tą myślą, że nie ma Cię wśród nas.
To nieprawda.
Aniu Szczygieł ( bo pod takim panieńskim nazwiskiem Cię poznałem ) Jarosińska – Ty byłaś zawsze, jesteś i będziesz ze mną – w moim sercu i w moich myślach.
Twoja cegła, którą przysłowiowo „wbudowałaś” w Warszawiankę, jest fundamentalna i niezniszczalna.
Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie. Był to chyba październik 1987 roku w Twoim pokoju w „Dziekance”, mieszkałaś na parterze z Marzeną altowiolistką. Przyszliśmy z moją Gosią i Krystyną na rozmowę z Witkiem, żeby go namówić na współpracę z nami. Rozmowa nie była łatwa, ale po „długich negocjacjach” osiągnęliśmy porozumienie. Witek postawił warunek, że podejmie wyzwanie, ale tylko wtedy, kiedy przyjmiemy do Zespołu jako tancerkę jego „Kaczusię” – tak Cię wtedy nazywał.
Tak też się stało. W listopadzie rozpoczęłaś swoją przygodę z Warszawianką.
Od pierwszych chwil dałaś się poznać jako bardzo skromna i subtelna, nie do końca wierząca we własne siły, wspaniała, urokliwa dziewczyna.
W tamtym okresie zajęcia odbywały się w auli na Smyczkowej.
Pozwolisz zdradzić mi małą tajemnicę. W oknach tej auli zawieszone były kotary. Jak Ci się nie udawało jakieś ćwiczenie po tzw. „przekątnej”, to się się za nimi chowałaś.
Aniu, jest mi cholernie ciężko. Okrutnym jest fakt, kiedy ze swoją wychowanką można porozmawiać tylko we wspomnieniach. Na szczęście jest ich cała masa.
O właśnie – chociażby zgrupowanie w Przyjezierzu – kiedy to Witek zaprosił Cię na romantyczny rejs kajakiem po jeziorze. Romantyzm prysł, gdy się okazało, że kajak jest dziurawy, a do brzegu daleko. Ale Witold dzielnie walczył zatykając dziurę i wylewając z kajaka wodę. To chyba na tym zgrupowaniu „Śmajka” dokonała odkrywczego stwierdzenia, że Józek mógłby być jej ojcem. I Gardzienice, w których wystąpiłaś jako integralna część 6-cio osobowej kapeli wcielając się w J. S. Bacha.
Z każdym miesiącem pobytu w Zespole stawałaś się coraz bardziej śmiała i zaczynałaś wierzyć we własne możliwości.
Kreowałaś rolę Marynki w „Opoczyńskich zapustach” pięknie śpiewając: „Przesło lato przesło, przesła też i zima, cekom na kochanie a kochania ni ma…” . To nieprawda, nie musiałaś na nie czekać, bo „kochanie” zawsze było z Tobą. Może tego nie zauważałaś, ale wokół Ciebie kłębił się tłum anonimowych adoratorów i wielbicieli. Ale zawsze na straży stał ten dla Ciebie najważniejszy mężczyzna – Witold, dla którego byłaś inspiracją i natchnieniem. A w niedługim czasie pojawiło się jeszcze dwóch, nie wiem czy nie ważniejszych „facetów” – Jarema i Jędrek.
Jak Ty sobie Aniu z Tymi facetami radziłaś?
Ale zaraz, zaraz, przecież Ty na swojej głowie miałaś jeszcze dwóch młodszych braci, Bogdana i Daniela. Ich pięciu, każdy z jakimiś problemami. Tylko Ty jedna nigdy nie miałaś żadnych problemów, zawsze uśmiechnięta, dająca sobie radę ze wszystkim, myśląca o kłopotach innych. Nawet kiedy się pojawił ten największy problem – Twoja choroba – wiedząc jaki może spotkać Cię los, zawsze o tym rozmawiałaś z pogodą na ustach.
Z czego czerpałaś tyle sił, aby być tak pogodną, dzielną, niezwykle pracowitą, z zawsze przemyślanym planem działań?
Aaa… już chyba wiem, gdzie tego wszystkiego mogłaś się nauczyć. Po pierwsze wspaniałe rodzinne wychowanie – kochani Rodzice, stokrotne dzięki – a po drugie trudne lekcje dyrygentury z prof. Bokiem, z których często wychodziłaś ze łzami w oczach – po trzecie moja konsekwencja w skutecznym wyciąganiu Cię zza kotary podczas zajęć tanecznych.
Nigdy Ci tego wcześniej nie powiedziałem, ale zawsze wzbudzałaś we mnie ogrom podziwu. Ale chyba najbardziej zaimponowałaś mi 28 lutego 1993 roku w Sali Koncertowej Akademii Muzycznej w Warszawie. W tym dniu byłaś drugą Polką, drugą kobietą, którą na żywo miałem przyjemność oglądać z batutą w ręku prowadzącą orkiestrę. Tak, tak łzy mi leciały jak grochy podczas tego wspaniałego koncertu z muzyką Witka. Nie mogłem w to uwierzyć, że ta filigranowa, skromna, delikatna Ania, stanie przed orkiestrą, podniesie batutę i w jednej chwili przeniesie całą publiczność w inny świat. Tym koncertem, pełnym wzruszeń, pokazałaś swoją wielkość.
A śpiewana przez Ciebie – niczym słowik – pieśń „Dwa serduszka cztery oczy…” nie tylko u mnie powodowała ściśnięcie gardła i wilgotność w oczach.
Parę lat temu podjęłaś trud wprowadzenia do Zespołu zajęć z najmłodszymi dziećmi 5-6 latkami. Robiłaś to genialnie.
Jestem z Ciebie Aniu bardzo dumny. Wypracowałaś sobie tak wysoką pozycję zawodową, zdobyłaś tak wielkie uznanie i zaufanie, tylu sympatyków. Cieszę się z faktu, że przez wiele lat wspólnie kształciliśmy kadry instruktorów tańca.
Dziękuję Ci za serce, uśmiech tolerancję, wyrozumiałość.
Dziękuję Ci Aniu za wszystko – za to, że byłaś, jesteś i będziesz.

Cześć Twojej pamięci!

Jan Łosakiewicz
Warszawa 03.02.2010

***

Zachowam Anię w mej pamięci jako bardzo subtelną, wrażliwą i niezwykle skromną osobę…Pamiętam, jak zaproponowałam jej śpiewanie solówek. Bardzo się przed tym broniła, twierdząc, że nie ma predyspozycji scenicznych, że ma tremę przed każdym publicznym wystąpieniem, że głos jej więźnie w gardle….. śpiewała pięknie, muzykalnie, wzruszająco…. Umiała także docenić innych, pochwalić, obdarować dobrym słowem. Doświadczyłam tego po wielokroć. Była taka ciepła i serdeczna… Myślę, że tam gdzieś, w niebie, poprowadzi niezwykły chór…
Krystyna Stańczak – Pałyga

***

Wspomnienie o Ani Jarosińskiej

To był chyba 1990 rok. Pamiętam, że na zajęciach wokalnych u Cioci Krysi w małej salce akademika na Smyczkowej, zwróciłam uwagę na piękny sopran, niebiańsko brzmiący na tle naszych niewykształconych jeszcze głosów. Ten wyjątkowy głos należał do delikatnej i pogodnej dziewczyny, wybitnie przyjaźnie i życzliwie nastawionej, szczególnie do nowych uczestników zespołu. Tak poznałam Anię.
Mimo ewidentnie wyróżniających się umiejętności, bez żadnej dyspensy przychodziła regularnie na zajęcia wokalne, cierpliwie ćwicząc dziecinnie łatwe dla siebie podstawowe zadania uczące emisji głosu. Tak, jak była utalentowana, tak była skromna.

Potem dowiedziałam się, że Ania będzie zdawać swój egzamin dyplomowy na Akademii Muzycznej. Poszłam. Na sali zobaczyłam wielką orkiestrę, oczekująca w skupieniu na to, co nastąpi. A potem na salę weszła Ania i stanęła na środku jako dyrygent. Delikatna, krucha postać, podniosła pałeczkę i na jej skinienie cała sala zabrzmiała tysiącem najróżniejszych dźwięków. Oj, wielka i pełna mocy była wtedy Ania na tej scenie. Poprowadziła wspaniały koncert, oklaski trwały bardzo długo. A potem zeszła ze sceny i znów zobaczyliśmy cichą, skromnie uśmiechniętą dziewczynę.

Ja i Klaudka byłyśmy w tamtych czasach kompletnie zwariowane trzpiotki-wariatki.
Nie spodziewałyśmy się, że nasze żarty i wygłupy znajdą aplauz u tak ułożonej i stonowanej osóbki, jaką była dla nas Ania. A tymczasem to właśnie ona, bardziej od innych, okazywała nam nieustannie swoją akceptację i sympatię, która była dla nas szczególnym komplementem i którą oczywiście w pełni odwzajemniałyśmy.. Tak narodziła się nasza sympatia. Po naszym odejściu z zespołu każda okazja do spotkania była prawdziwą radością.

I pamiętam jeszcze jeden obrazek, Anię-mamę. Wtedy, kiedy jeszcze niewiele z nas było na etapie życia małżeńskiego, a co dopiero macierzyństwa, zobaczyłam Anię z synkiem – najwyżej kilkuletnim wówczas Jaremą. To było w ciasnej salce nr 37 na Krakowskim Przedmieściu. Przy biurku stal mały, złotowłosy, pogodny chłopiec, a obok Ania – spełniona mama łagodnie patrząca na niego swoimi pięknymi dużymi, pełnymi blasku oczami. Mimo ścisku, zamieszania i duchoty w pomieszczeniu, on był spokojny i uśmiechnięty wobec tłumu nieznanych mu osób. Bardzo byli podobni do siebie, nie tylko fizycznie.

Aniu, gdy byłaś chora, nie nękaliśmy Cię naszym nachodzeniem, przeszkadzaniem, wywoływaniem dodatkowego wysiłku. Szanowaliśmy, że potrzebujesz spokoju. Ale modliliśmy się cały czas za Ciebie i otaczaliśmy niewypowiedzianymi Ci słowami otuchy.
Wierzymy, że za swoją dobroć i doświadczenie cierpienia jesteś już w niebie, albo będziesz tam za chwilę.
Twoja wrażliwość, Twój talent żyje w Twoich dzieciach, co mieliśmy już okazję podziwiać i wierzymy, ze Ty też będziesz się temu przyglądać i radować tam z góry.
Twoja osobowość zostawiła także ślad w tych dzieciach, które miały to szczęście być kształtowane przez Ciebie na początku swojej artystycznej drogi.
Całą sobą, taka jaka byłaś, wciąż żyjesz w naszych sercach i pamięci.

Funia i Klaudka
3 lutego 2010 roku

***

O Ani…

Należę do grupy, która miała szczęście najdłużej znać Anię. Z Nią i z Witkiem wiążą nas zresztą szczególne więzi. Razem przeżywaliśmy najważniejsze dla nas chwile w życiu – nasze śluby, wesela, narodziny dzieci, chrzciny…
Obecnemu pokoleniu „Warszawianki“ powiem tylko tyle:
Kochani!
Byłyśmy takie same, jak Wy. Połączyło nas beztroskie „dziewczyńskie“ paplanie na próbach i koncertach. Wiecie zapewne o czym mówię: trochę plotek, trochę „wieści ze świata“, trochę o sesji, zaliczeniach i …tyle. To wszystko okraszone śmiechem, bo ciągle nam było wesoło. I tak miało zostać!
Ale życie bywa bezwzględnym scenarzystą. O swojej chorobie Ania powiedziała mi tak: Nie uwierzysz, co mnie spotkało…!
Powiedziała to z uśmiechem i bardzo spokojnie. Ten uśmiech i spokój tak bardzo był mylący. Przecież nie można w tak opanowany sposób mówić o strasznej i nie dającej żadnych szans chorobie! A jednak…
Ania była bardzo dzielna. Podjęła tą nierówną walkę, a my wszyscy mogliśmy tylko być obok, tak beznadziejnie bezradni…
Kilka miesięcy temu odwiedziliśmy Anię, Witka i chłopców w ich wymarzonym domu, w ich „raju“- jak mówiła Ania. Ich marzenie ziściło się, miało wreszcie realne kształty. Kiedy podziwialiśmy piękne schody w ich domu Ania powiedziała:
“Czy wiesz, że nie byłam już od tygodni tam, na górze. Tak bardzo zazdroszczę moim chłopcom – Jaremie i Jędrkowi, że oni tak na wyścigi biegną po tych schodach, a ja nie mogę, nie mam siły! A tak bardzo chciałabym wbiec, jak oni – po dwa stopnie…” Mówiła to z żalem, ale ciągle z ciepłym, cudnym uśmiechem, który głęboko zapada w pamięć.

Jestem pewna, że dzisiaj Ania wspięła się już wysoko, wysoko po tych schodach i czule spogląda na to swoje „królestwo“.

Kołysanka dla Ani

Do szyby mróz przytulił twarz,
kreśląc w pośpiechu kilka znaków,
i parę łez, lodowych serc
zastygło gdzieś na skraju dachu…

W Cichym Zakątku dziś smutek gra
trącając wiatrem wierzb gałęzie.
Nadciąga cień – kojący sen,
on wybawieniem Twoim będzie.

Przechowaj więc w pamięci swej
zimowy pejzaż tego styczniowego ranka
i lili laj, i luli laj
nie requiem to, lecz kołysanka…

Joanna (Perczyńska) Zatorska
31 stycznia 2010 r.